Wojna, którą Rosja i Białoruś prowadzą przeciwko Zachodowi, nie przypomina klasycznych konfliktów. Tu nie chodzi o granice ani o kontrolę nad terytorium. Stawką jest coś znacznie bardziej kruchego — zaufanie, zdolność do analitycznego myślenia, umiejętność rozróżniania prawdy od fałszu i społeczna równowaga emocjonalna. Operacje hybrydowe obu reżimów przeszły długą ewolucję: od „zielonych ludzików” na Krymie po wyrafinowane kampanie wpływu, sabotaże wykonywane przez pośredników, działania w diasporach, manipulacje emocjami i automatyzowane narracje tworzone przez sztuczną inteligencję. To już nie wojna o zasoby. To wojna o procesy poznawcze, o naszą zdolność do zrozumienia rzeczywistości.
A jej główną bronią jest chaos. W taki sposób można streścić raport Macieja Bukowskiego pt. „Agenci chaosu: ukryta kampania przeciwko Zachodowi”, który analizuje, jak Rosja i Białoruś prowadzą wobec państw NATO ofensywę nowego typu [link na końcu artykułu]. Poniżej najciekawsze wnioski z Raportu.
Zanim świat na dobre zrozumiał, czym jest wojna kognitywna, przyglądał się rosyjskim działaniom na Krymie. „Zieloni ludzie”, czyli nieoznakowani żołnierze zajmujący strategiczne obiekty, wprowadzali fizyczną i prawną dwuznaczność. Tak wyglądała wczesna faza: ciało obce w tkance państwa, które miało zasiać chaos, ale wciąż działało w świecie materialnym. Z czasem jednak taktyka ewoluowała. Rosja przestała polegać na fizycznej niejednoznaczności i zaczęła posługiwać się niejednoznacznością informacyjną. Pole bitwy przesunęło się z przestrzeni geograficznej do przestrzeni percepcyjnej. W tej nowej wojnie nie chodzi o to, kto zajmie budynek, czy terytorium, lecz o to, kto zajmie przestrzeń interpretacji wydarzeń. To już nie walka o terytorium, ale walka o umysły.
Operacje hybrydowe prowadzone przez Rosję i Białoruś bazują na zestawie dobrze znanych, ale bardzo skutecznych narzędzi. Jednym z nich jest kontrola refleksyjna, czyli zdolność takiego konstruowania informacji i bodźców, aby przeciwnik podejmował decyzje nieświadomie zgodne z intencją atakującego. Innym klasycznym narzędziem jest maskirowka — wielowarstwowe kamuflowanie działań, w którym celem nie jest proste oszustwo, lecz stworzenie takiego poziomu informacyjnej mgły, aby prawda stała się jednym z wielu równorzędnych wariantów. Ważną rolę odgrywają także operacje kształtowania percepcji — prowadzone nie w skali dni, lecz miesięcy i lat — które powoli formują emocjonalny krajobraz społeczeństwa. Wszystko to spina koncepcja określana jako „rozszczelnianie kognitywne”, która polega na wykorzystywaniu istniejących w społeczeństwach napięć i wzmacnianiu ich, aż staną się autodestrukcyjne. Rosja nie musi wymyślać problemów — wystarczy, że przyspieszy proces ich erupcji.
Współczesne działania hybrydowe można opisać za pomocą trzystopniowego modelu. Pierwszym etapem jest infiltracja kognitywna — powolne, systematyczne wprowadzanie do przestrzeni publicznej treści, które pobudzają emocje, polaryzują dyskusję i tworzą warunki do dalszych operacji. Mogą to być spreparowane konta w mediach społecznościowych, grupy tematyczne napędzane emocjami, kanały Telegramu podszywające się pod lokalne media czy treści generowane przez sztuczną inteligencję. Chodzi o to, by rozchwiać spokój społeczny i uczynić odbiorców bardziej podatnymi na impulsy destabilizujące.
Drugim etapem jest tokenizacja wykonawców. Pisaliśmy o nich na portalu nie raz, acz nazywając ich agentami proxy lub agentami jednorazowego użytku. Chodzi o rekrutowanie osób, które wykonają pojedyncze zadania o niskim progu wejścia: zrobią zdjęcie dronem, wyniosą informacje, podłożą ogień, przewiozą przesyłkę. Często są to ludzie przypadkowi, z marginesu, z diaspory albo po prostu szukający dodatkowego zarobku. Nie wiedzą, dla kogo pracują — i o to chodzi. Z perspektywy służb są wymiennymi elementami, które pozwalają działać bez ryzyka politycznego. Taką rolę pełniła na przykład siatka Orlina Rousseva w Wielkiej Brytanii — pozornie zwykła grupa migrantów, faktycznie operująca na potrzeby rosyjskiego wywiadu.
Trzecim, najbardziej uciążliwym etapem jest intensyfikacja skalowalnych zakłóceń. To seria drobnych incydentów, które oddzielnie wyglądają jak nieszczęśliwe wypadki lub działania jednostkowych przestępców: pożar magazynu, podejrzany pakunek, incydent z dronem, seria fałszywych alarmów, niewielki cyberatak, nagłe pojawienie się emocjonalnych narracji w internecie. Gdy jednak spojrzeć na nie jako na całość, tworzą efekt strategiczny: społeczeństwo zaczyna żyć w stanie podwyższonego napięcia, instytucje są przeciążone, zaufanie maleje, a pole interpretacji wydarzeń staje się coraz bardziej chaotyczne.
Rosyjskie i białoruskie działania można podzielić na kilka kategorii. Jedną z nich jest sabotaż fizyczny — ale nie w formie spektakularnych zamachów, lecz serii małych, powtarzalnych incydentów, jak pożary w centrach logistycznych, zakłócenia infrastruktury czy testowe loty dronów nad obiektami wojskowymi. Inna kategoria to outsourcing szpiegostwa — działalność rozproszona, oparta na wielu pośrednikach, dzięki której służby minimalizują ryzyko i zwiększają skalę działania. Najszybciej rozwijającą się kategorią są operacje kognitywne: kampanie dezinformacyjne, farmy botów, treści syntetyczne, deepfake’i i fałszywe strony internetowe, które mają wywołać chaos informacyjny, a nie przekonać do konkretnej wizji politycznej. Ważną rolę odgrywa również instrumentalizacja diaspor — zarówno jako narzędzia rekrutacji, jak i kanału narracyjnego, często wzmocnionego szantażem wobec rodzin w kraju pochodzenia. Wszystko to wzmacniają postępy technologiczne, które obniżają koszty i zwiększają skuteczność operacji: tanie drony, AI, anonimowe usługi cyfrowe, systemy maskowania tożsamości.
Mimo że Zachód zdaje sobie sprawę z istnienia tych działań, pozostaje na nie zaskakująco podatny. Pierwszym problemem jest deficyt poznawczy — instytucje wciąż myślą kategoriami tradycyjnych zagrożeń, skoncentrowanych na infrastrukturze i obiektach fizycznych. Tymczasem największym zasobem, jaki atakują Rosja i Białoruś, nie są budynki, lecz procesy poznawcze obywateli. Drugim problemem jest luka systemowa: służby, cyberbezpieczeństwo, policja i instytucje regulacyjne pracują w silosach, nie wymieniając informacji w sposób, który pozwoliłby szybko zidentyfikować większy wzorzec działań. Trzecim problemem jest deficyt interoperacyjności — wymiana danych między państwami UE jest powolna i fragmentaryczna, co daje przeciwnikowi ogromną przewagę. Bo przykra prawda jest taka, że państwa po prostu nie lubią się dzielić informacjami, dopóki nie zostaną do tego zmuszone np. poprzez incydent zagrażający kilku państwom. Czwartą słabością jest próżnia regulacyjna — brak instrumentów prawnych pozwalających ścigać subtelne formy ingerencji czy finansowania wpływu, podobnych do amerykańskiego FARA czy ustawy Magnitskiego.
Wszystko to sprawia, że wojna kognitywna staje się najpoważniejszym wyzwaniem dla bezpieczeństwa Zachodu. Toczy się każdego dnia, często niezauważalnie, w tle innych wydarzeń. Jej celem nie jest przekonanie kogokolwiek do sympatii wobec Rosji — celem jest, aby ludzie przestali wierzyć komukolwiek. Jeśli społeczeństwo nie ufa mediom, instytucjom, politykom ani sobie nawzajem, staje się podatne na manipulację i paraliż poznawczy. A państwo, którego obywatele nie potrafią dojść do wspólnego obrazu rzeczywistości, nie jest w stanie skutecznie działać.
W tej wojnie bronią są emocje, narzędziem — narracje, a polem walki — ludzkie umysły. Obrona zaczyna się od świadomości i od zrozumienia, że przeciwnik atakuje to, co najcenniejsze: zdolność społeczeństwa do rozumienia świata i działania jako wspólnota. I choć wojna ta jest trudna do dostrzeżenia, jej skutki mogą być równie destrukcyjne jak tradycyjne konflikty. Dlatego właśnie zaufanie staje się dziś najważniejszym zasobem strategicznym Zachodu — i jednocześnie jego najbardziej narażonym punktem.
Zapraszamy do lektury raportu, bo tam znajdziecie rozwiniecie wielu z tych wątków, które tu opisaliśmy.
https://pulaski.pl/agenci-chaosu-ukryta-kampania-przeciwko-zachodowi/